- Jak myślisz, która to już była stacja?
Tuk…
- Nie wiem.
Tuk, tuk…
- Chciałabym wiedzieć, kiedy dojedziemy do celu.
Tuk, tuk, tuk…
- …
Tuk, tuk, tuk, tuk…
- Dlaczego nic nie mówisz?
Tuk, tuk, tuk, tuk, tuk…
- …
Tuk, tuk, tuk, tuk, tuk, tuk…
- Ej!
- Co?
- Ignorujesz mnie!
- Hm…
- I znowu to robisz!
- Bo nie mówisz nic interesującego.
- Tak? Ha! A co powiesz na to: Ja WIEM, gdzie jedziemy!
- Jak to? Skąd wiesz?
- No, wiem.
- Co? No dobrze… to gdzie jedziemy?
- A nie powiem ci! Hahaha! – zaśmiała się jedna z dziewczynek
i pokazała drugiej różowy język.- Nie powiem, nie powiem!
Na słowa siostry Emilia zmarszczyła
nos i znów odwróciła głowę do okna. Przesuwające się za nim wrzosowiska pokryte
były jeszcze poranną mgłą. Białe wstęgi to
wiły się przy ziemi, opatulając niskie wzniesienia, to wznosiły się do nieba,
tworząc mleczną kurtynę zasłaniającą horyzont. Widoczne ponad nią bladoróżowe
niebo zapowiadało zbliżający się wschód słońca. Widok ten nie poprawił
dziewczynce nastroju. Spojrzała jeszcze raz na siostrę. Ta nadal bezczelnie się
do niej uśmiechała, pokazując swoją wyższość, a ogniki w jej oczach wyraźnie
mówiły, że nie ma zamiaru wyjawić tajemnicy, bez uprzedniego pognębienia
siostry. Emilia nie chciała dawać nikomu takiej satysfakcji. Wstała ze swojego miejsca i zamierzała wyjść z
przedziału, ale gdy miała zasunąć za sobą drzwi Anastazja odparła smutnym
głosem:
- Kłamałam.– dziewczynka nie uśmiechała się już. Patrzyła
przepraszająco na siostrę swoimi jasnoniebieskimi oczyma. Emilia popatrzyła na
nią i zamknęła za sobą drzwi.
Doskonale znała to spojrzenie.
Anastazja miała je za każdym razem gdy pociąg oddalał się od następnej stacji.
Było to spojrzenie gasnącej nadziei. Nadziei na koniec podróży, podróży, która
trwała odkąd tylko dziewczynki sięgały pamięcią. Prawdopodobnie nawet urodziły
się w tym pociągu. I od tamtej chwili nie opuściły go ani razu. Czyli przez
ostatnie 12 lat.
Siostry nie wiedziały jaki jest cel ich
podróż, ani jak długo ona jeszcze potrwa. Wszystko owiane było tajemnicą.
Jednak większą zagadkę stanowił sam pociąg. Zatrzymywał się na każdej stacji,
którą mijał, jednak nigdy nikt do niego nie wsiadł ani z niego nie wysiadł.
Nigdy też nie miał postoju dłuższego od 10 minut. Siostry ani razu nie były w
stanie dojść do ostatniego wagonu, tak jakby nie miał końca. Jego trasa także
wydawała się nieskończona. Pociąg nigdy nie jechał do tyłu ani nie zatrzymał
się na bocznicy. Ani razu nie mijał też innego pociągu, a przez te 12 lat
podróży dziewczynki nie oglądały dwa razy tego samego miejsca. Niczym pociąg
widmo. A przecież nie mógł nim być.
Ciemna, drewniana boazeria,
czerwona wykładzina, krystalicznie czyste okna, złote wykończenia, rzeźbione
klamki, wyszywane zasłony. Przedziały sypialne z szerokimi i miękkimi łóżkami
oraz własnymi toaletami. Wagon jadalny z fotelami obitymi skórą i mahoniowymi
stołami zastawionymi porcelaną, kryształami i srebrem. To wszystko nie mogło znajdować
się w jakimś tam pociągu widmo.
A Konduktor? Guwernantka?
Kucharz? Sprzątaczka? Lokaj? Bagażowy? Przecież oni wszyscy byli prawdziwymi, żywymi
ludźmi. Nie, to nie mógł być pociąg widmo, czym więc był? Siostry nazwały go Ombre
to znaczy cień, niejasność.
Emilia szła powolnym krokiem
wzdłuż korytarza ze wzrokiem utkwionym przed siebie. Zasmuciło ją spojrzenie
siostry. Sama już tak bardzo nie odczuwała rozczarowania po opuszczaniu
kolejnej stacji, jednak wyraz oczu Anastazji niemal doprowadzał ją do płaczu.
Nagle coś oślepiło dziewczynkę. Zasłoniła oczy i ostrożnie wyjrzała przez okno.
To wschód słońca. Ognista kula właśnie zaczęła wyłaniać się zza horyzontu.
Pierwsze promienie oświetliły zalegającą na wrzosowiskach mgłę sprawiając, że ta
zamigotała. Budujące ją kropelki wody odbiły światło każda w inną stronę,
tworząc jasną łunę. W blasku słońca wszystko nabrało barw. Wrzosy nie były już
dłużej szare. Teraz bił od nich delikatny fiolet podkreślony ciemną zielenią
traw. W oddali wyłoniła się długa ściana lasu, dotąd niewidoczna przez mgłę i
mrok. To w jej kierunku zmierzał właśnie pociąg. Emilia wpatrywała się z niemym
zachwytem w rozgrywającą się przed nią scenę. Była to jedna z nielicznych
chwil, w której czuła, że jest w odpowiednim miejscu. W tym momencie ze swojego
przedziału wybiegła Anastazja.
- Łaa, jak pięknie! Emi, choć do jadalni, tam będzie lepiej
widać, przez to szerokie okno! – zawołała i chwyciła siostrę za rękę. Emilia
nie opierała się. Mocno ścisnęła dłoń siostry i pobiegła za nią. Mimo wielu
zmartwień obydwie nadal były dziećmi, więc więcej rzeczy je cieszyło niż
martwiło. W połowie drogi postanowiły się ścigać i do jadalni wpadły
zdyszane i roześmiane. Wskoczyły na najbliższą kanapę i z przyklejonymi nosami
do szyby zachwycały się widokiem za oknem.
Emilia
i Anastazja były bliźniaczkami. Bliźniaczkami o niezwykłym podobieństwie. Jeśli
ktoś zobaczyłby obie dziewczynki na czarnobiałym zdjęciu stwierdziłby, że są
identyczne. Ten sam wzrost i kształt twarzy. Tak samo kręcone włosy i te same
chude nogi. Jednak różnice w ich wyglądzie wynikały nie z budowy ciała a z
kolorów. Anastazja była błękitnooką blondynką o różowej cerze i malinowy
ustach. Emilia natomiast miała kasztanowe włosy, ciemnozielone oczy, bladą
skórę i czerwone usta. Stojąc koło siebie były jak dzień i noc. Z charakterów natomiast
przypominały bardziej wodę i ogień.
Emilia
była cicha i opanowana, jednak gdy wyznaczyła sobie jakiś cel drążyła go niczym
woda. Wytrwale kropla po kropli do końca. Z drugiej strony pełna energii
Anastazja chwytająca się wielu rzeczy naraz, choć zdolna do dokończenia
najwyżej jednej. Jednak mimo tych różnic dziewczynki były do siebie bardzo
podobne, lub może tak dobrze się dopełniamy, że obserwująca je z boku osoba nie
była wstanie oddzielić cech jednej dziewczynki od drugiej.
Słońce
wzniosło się już dość wysoko na niebie, a mgła całkowicie zniknęła z wrzosowisk.
Dziewczynki mimo to nadal siedziały przy oknie i obserwowały otaczający je
świat. Ściana lasu stawała się coraz większa i ciemniejsza.
- Ana?
- Co?
- Zawsze będziemy razem, prawda? - spytała niepewnie Emilia, spoglądając w
oczy siostry.
- Pewnie! Przecież nie wysiądę sama.
- Nie, nie o to mi chodzi. Nawet… nawet gdy już wysiądziemy…
Nastała chwila ciszy. Dziewczynki chwyciły się za dłonie. Nie
musiały już nic mówić. Rozumiały się bez słów. To było w nich. Świadomość, że
będąc razem mogą przetrwać wszystko, wszystko pokonać. Przytuliły się do siebie
i trwały w uścisku długi czas. A w tym czasie pociąg wjechał w gęstwinę lasu i
wszystko w koło okrył mrok.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz