Zegar nad stacją kolejową wybił godzinę piątą po południu.
Na peronie panował tłok i zaduch. Mary podniosła wzrok na szklane sklepienie
paryskiego dworca. W promieniach przesączającego się przez szyby słońca,
tańczyły drobiny kurzu. Poczuła na ramieniu szorstkie pręty ocierającego się o
nią kosza, a zaraz potem usłyszała gdakanie gęsi i piskliwe, francuskie
wyzwiska rzucane za nią przez niską i małą kobietę w wytartej sukni.
Mary zaklęła w myślach, podając bagażowemu swoją podróżną
torbę. O tej porze zwykła pijać w oranżerii swojego londyńskiego domu, cudowną,
angielską herbatę.
-Pani Mary Douverts? –zapytał, oczywiście po francusku,
ubrany w granatowy uniform konduktor, oglądając bilet, który mu podała.
Skinęła głową, otrzepując z kurzu mankiety swojej butelkowo-zielonej,
podróżnej sukni. Była arystokratką. Wnuczką jednego z największych niegdyś
potentatów na rynku bawełny.
-Pani pozwoli do swojego przedziału. Numer 12. –powiedział
konduktor, wyciągając ku niej rękę w nieskazitelnej rękawiczce.
Zignorowała ją i weszła po metalowych schodkach do
połyskującego w słońcu ciemną zielenią wagonu. W środku panował przyjemny chłód
i półmrok.
-Mamy nadzieję, że miło spędzi pani 67 godzin podróży do
Stambułu. –kontynuował konduktor, prowadząc ją wąskim, wyłożonym drewnem
korytarzem. Po jednej jego stronie rozciągał się rząd okien, przez które widać
było pogrążony w popołudniowym słońcu i kurzu peron. Po drugiej ciągnęły się
drzwi do przedziałów opatrzone złotymi numerami.
Mężczyzna zatrzymał się przy jednych z nich i otworzył je
przed Mary.
-Witamy w Orient Expresie.
*
Monotonny krajobraz niziny francuskiej przesuwał się za
oknami pociągu. Mary siedziała z książką na kolanach i śledziła wzrokiem
uciekające pola i sady, od czasu do czasu popijając z filiżanki tutejszą,
okropną herbatę, do której ktoś, niewątpliwie niespełna rozumu, dodał plasterek
cytryny.
Koła pociągu tyczyły się z jednostajnym stukotem. Jej
początkowe zniecierpliwienie ustąpiło spokojnej obojętności.
67 godzin. Paryż – Stambuł.
Już kiedyś podróżowała tą trasą.
Otrząsnęła się z zamyślenia i wróciła do lektury. Nie mogła
się skupić na powieści. Wpatrując się w mknący za oknem krajobraz, zmusiła się
do myśli o interesach. Przedsiębiorstwo, które odziedziczyła całkiem dobrze
prosperowało. Prosperowałoby jeszcze lepiej, pomyślała, gdyby mój ojciec nie
zaniedbał interesu dziadka dla tych mrzonek, tej fanaberii… Raz jeszcze
przemyślała ilości tkanin, jakie chciała zakupić i ceny, które miała zamiar
zaoferować bliskowschodnim właścicielom manufaktur.
Jej myśli stawały się coraz bardziej nieuporządkowane. Koła
pociągu toczyły się z jednostajnym stukotem.
*
-Naprawdę już za trzy dni będziemy w Stambule? –zapytała,
opierając łokcie na stoliku pod oknem.
-Oczywiście, Mary –odpowiedział siedzący naprzeciw niej
mężczyzna w czarnym surducie, pozornie nie odrywając oczu od gazety. W
rzeczywistości z uśmiechem patrzył on na roześmianą twarz córki, odbijającą się
w szybie pociągu.
-A… -dziewczynka już otworzyła usta, by zadać kolejne
pytanie, gdy rozległo się pukanie do drzwi przedziału.
-Proszę. –powiedział Vincent Douverts, jej ojciec. Zza drzwi
wychylił się piegowaty służący w granatowym uniformie.
-Śniadanie dla państwa –oznajmił, stawiając na stoliku tacę.
-Rogaliki!- krzyknęła dziewczynka z błyskiem w oczach.
-Dziękujemy. Podziękuj, Mary. –napomniał Vincent.
Dziewczynka wstała i niezgrabnie dygnęła, wprawiając służącego
w zakłopotanie, a ojca w jeszcze większe rozbawienie.
-Wystarczyło: dziękuję –powiedział, gdy za chłopakiem
zamknęły się drzwi –to nie był hrabia ani baron.
Mary spojrzała na niego ze zdziwieniem swoimi kasztanowymi
oczyma i z zapałem zabrała się za swojego rogalika.
-Przepraszam... –rozległo się zza drzwi wraz z ponownym
pukaniem –Jakiś pan do pana, panie Douverts. Mówi, że to pilne.
-Niech wejdzie.
Po chwili w przedziale pojawił się postawny mężczyzna w
nieco wytartym garniturze.
-Dzień dobry, monsieur Douverts. Bardzo potrzebna mi pańska
pomoc. To sprawa… -zaczął.
-Nie cierpiąca zwłoki. Jak każde śledztwo. Mimo to proszę,
by poczekał pan na mnie w wagonie restauracyjnym. Zaraz przyjdę. –przerwał mu
Vincent Douverts. Mary zauważyła, że jego głos spoważniał.
-Ten pan nie był z pociągu –oznajmiła z dumą w głosie, gdy
mężczyzna zniknął za drzwiami.
-Tak? –zapytał jej ojciec podnosząc się z fotela –po czym to
wnioskujesz?
-Miał trochę brudne buty. I dopiero zdjął z włosów czapkę. I
w ogóle to chyba jest policjantem, albo żołnierzem…
-Dlaczego tak myślisz?- mężczyzna uważnie spojrzał na córkę.
-Bo… Szedł takim pewnym krokiem. I nawet troszkę się nie
ukłonił…
-Masz rację. Spostrzegawcza jesteś. –powiedział i przykucnął
obok Mary. – Wszystko jest ważne. Musisz widzieć każdy szczegół. Każdy gest,
każde słowo. Nic nie pozostaje bez znaczenia. Wszystko jest ważne, niesie w
sobie prawdę.
Wtedy jeszcze nie wiedziała, jakim jest to przekleństwem.
*
-Pani Mary Douverts?
Otrząsnęła się z zamyślenia.
-Proszę.
W drzwiach do przedziału stanął mężczyzna w prostym, czarnym
fraku.
-Niech pan usiądzie. –powiedziała niedbale Mary. Tego
właśnie oczekiwano po arystokratkach.
Mężczyzna po chwili wahania usiadł na przeciwległym fotelu.
Przednia klapa jego fraka była zagnieciona. Mary dostrzegła w niej dwie małe
dziurki, jak po nakłuciu grubą szpilką.
-Nazywam się Robert Foyer. –przedstawił się mężczyzna. W
jego głosie prawie nie było słychać francuskiego akcentu.
-Może pan już wyjąć oznakę z kieszeni. –przerwała mu Mary.
Robert Foyer uśmiechnął się.
-Rozgryzła mnie pani. Nie chciałem pani do siebie
zniechęcić. Znam pani stosunek do funkcjonariuszy policji. Mimo to chciałbym
prosić panią o pomoc…
-Mnie? O pomoc? Ciekawe. –odparła i wyjęła z torebki
papierosa. Zapaliła.
Mężczyzna zmieszał się. Uwielbiała patrzeć jak reagują.
Rozmawiają z nami jak równi z równymi, ale gdy rozmowa schodzi na interesy
chcieliby odesłać nas do ogrodu, pomyślała. A gdy widzą kobietę w spodniach,
palącą papierosy, mrugają oczami z niedowierzaniem.
Robert Foyer szybko doszedł do siebie. Lata praktyki w
policji nauczyły go kontrolować emocje.
-Pracowałem kiedyś z pani ojcem… -zaczął.
-A. Więc o to chodzi. –powiedziała, wydmuchując szary dym.
-Gdy tylko dowiedziałem się, że jedzie pani tym pociągiem,
postanowiłem poprosić panią o pomoc…
-Słucham –odpowiedziała po chwili wahania.
*
Mary zapatrzyła się w okno przedziału.
Robert Foyer wyszedł, obiecując, że zaczeka na nią w wagonie
restauracyjnym. Oczywiście, jeśli zgodziłaby się pomóc w tym rozwiązaniu
zagadki.
Mary wahała się. Nigdy w życiu nie miała problemu z
podjęciem decyzji, a teraz nie wiedziała co robić.
Pół życia spędziła, próbując ignorować rzeczy, które widziała.
Reczy, które do niej mówiły, które opowiadały jej swoją historię. Pół życia
próbowała zapomnieć o tym, czego nauczył ją ojciec.
A teraz miałaby pójść w jego ślady?
Kiedyś marzyła, by tak jak on zostać detektywem. Ale on
oddalał się coraz bardziej, nigdy nie było go w domu. Prowadził śledztwa,
pomagał policji, pomagał zwykłym ludziom.
I narażał się innym.
Nigdy nie wybaczyła mu, że nie było go w domu, kiedy
zamordowano mamę. Sobie też nie wybaczyła, pojechała wtedy do koleżanki.
Koła pociągu toczyły się z jednostajnym stukotem.
*
-Przyszłaś. –z fotela wagonu restauracyjnego podniósł się
starszy mężczyzna w kapeluszu.
-Przyszłam.
-Tak myślałem, że się domyślisz. Zawsze byłaś w tym dobra.
–Vincent Douverts uśmiechnął się jak przez mgłę.
-Wiedziałem, że będziesz jechać tym pociągiem. Dlatego, gdy
mój stary przyjaciel zadzwonił z prośbą o pomoc w śledztwie… postanowiłem, że
raz jeszcze spróbuję… Tak dawno cię nie widziałem. –w oczach mężczyzny
zatańczyły łzy.
Mary ze zdziwieniem skonstatowała, że nie może znaleźć słów.
-A więc… ta sprawa… jest prawdziwa?
Przytaknął.
-Rozwiążmy ją razem, tato. Jak kiedyś.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz